FATIMA SUBJECTIVA

 

Wincenty Łaszewski


„Fatima subjectiva” 

czyli przewrót kecharitomeński


Zachować Fatimę w sercu i przełożyć Fatimę w czyn –

oto najlepsza gwarancja na otrzymanie jeszcze więcej łask.

Pius XII




W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Maryjo, którą anioł w Zwiastowaniu nazwał „Kecharitomeną” – Pełną Łaski! Dary Boże wypełniają Twe Niepokalane Serce aż poza jego brzegi i wylewają się na każdego, kto staje przy Tobie jako Twoje dziecko. W tej łasce, która płynie do nas z Twego Serca chcemy żyć, poruszać się
i trwać!

Maryjo, której Bóg zlecił misję zwołania swoich dzieci ze wszystkich zakątków ziemi i poprowadzenia ich do zwycięskiego boju! Oto słuchamy Twego głosu i biegniemy pod Twój sztandar, by poddać się pod Twe rozkazy.

Maryjo, która jesteś naszą Królową i Hetmanką! Prowadź nas do walki, prowadź do zwycięstwa! Jesteśmy przy Tobie „Ecclesia militans” – Kościołem walczącym, ludźmi gotowymi do walki, nawet jeśli oznacza to rany, ból czy śmierć!

Maryjo, na naszych oczach, w naszym pokoleniu, dokonaj w świecie kecharitomeńskiego przewrotu! Niech ustąpi zło. Niech anty-Kościół, anty-Ewangelia i anty-Chrystus zostaną zmiażdżone Twą niepokalaną stopą. Niech zajaśnieje nad ziemią Boże światło, niech zatriumfuje Przenajświętsze Serce Jezusa i Twe Przeczyste Serce. A my niech mamy udział w tym zwycięstwie!

Prowadź nas dzisiaj, w tej godzinie medytacji nad Twoim pięknem i mocą. Niech wypowiadane tu słowa i przyjmowane tu słowa będą budowaniem mostów, po których Twoje orędzie będzie mogło wejść do naszych serc i je przemienić na podobieństwo Twego Niepokalanego Serca. Niech towarzyszy nam, Maryjo, Twoja obecność i niech strzeże nas – nasze ciała, nasze umysły, naszą wolę – przed zakusami władcy tego świata, który najbardziej lęka się Twego świętego imienia, a nas kusi, by wzgardzić Tobą i zdradzić Boga. Niech zamieszkamy bezpieczni w kręgu Twego światła, które jest samym Bogiem. Razem z Tobą mówimy naszemu Panu: „Fiat” – „tak”, na wszystko, co wobec nas zamierza, a szatanowi rzucamy w twarz: „Będziemy służyć! Jak dla Maryi, tak i dla nas jest tylko jeden Pan – Jezus Chrystus! Jego jesteśmy własnością!”

Nic nas nie odłączy od miłości Matki Bożej, która jest w Jezusie Chrystusie, naszym Panu!

W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.


Zamiast słów wprowadzenia powiem tylko, że kiedy pochylamy się nad misterium Fatimy, znajdujemy się w sytuacji podobnej do tej, która stała się udziałem św. Augustyna. Pamiętamy jego sen, w którym przyszły biskup Hippony znalazł się na brzegu morza
i zobaczył dziecko próbujące przelać cały ocean do wiaderka. My – jak Augustyn – również mówimy: „To niemożliwe!” Ocean jest większy niż naczynia, które mamy do dyspozycji. Augustyn widział morze wody i mówił: „Niemożliwe”. W Fatimie mamy morze światła…
i tak samo mówimy: „Niemożliwe. Nie jesteśmy w stanie poznać całej tajemnicy Fatimy”.

Czy mam dodać, że tylko ten, kto jest świadom, iż Fatima jest w swej istocie Boskim misterium – a więc ze swej natury czymś niepoznawalnym – że tylko taki człowiek staje przed szansą zrozumienia przekazanego tam orędzia?


NIE PRÓBOWAĆ POJĄĆ, LECZ RZUCIĆ SIĘ W ŚWIATŁO

Zawrzeć w wiaderku ocean – to rzecz bez sensu! A jednak stajemy nad tym morzem światła, by przyjąć je – całe! Bowiem możemy to uczynić – jednak nie łyżeczką słów
i naczyniem rozumu, lecz wiarą. Jeśli nasza wiara jest tak wielka, że upodabnia nas do Maryi, Fatima cała daje się pochwycić i zaczyna w nas owocować kecharitomeńskim przewrotem: wszystko staje się łaską. W duchu takiej wiary zróbmy coś jedynie sensownego, co pozwoli nam doświadczyć niezwykłej mocy Fatimy i wypełnić jej misję: nie próbujmy łapać morza; próbujmy dać się złapać morzu! Nie wyciągajmy z niego drobiny po drobinie, lecz – rzućmy się cali w to morze światła. Tylko wtedy zrozumiemy, czym ono jest i po co jest. Zaleje nas łaska tak dalece, że kiedy rozejrzymy się wokół, będzie ona wszędzie, po horyzont i dalej. Czy nie tak było w życiu pastuszków fatimskich? Dla nich wszystko było łaską, wszystko było światłem – nawet cierpienie, nawet śmierć. Oni zamieszkali w świetle, w którym był tylko Bóg.


O Maryjo! Daj nam taką wiarę – tak ufną i tak wielką – że bez lęku rzucimy się w ocean światła, gotowi na wszystko. Daj nam szaloną wiarę świętych pastuszków, bo ona jest narzędziem, by dotknąć światła Fatimy, by zostać rozświetlonym tym Bożym blaskiem, by być choć trochę ze światła.


Fatimę trzeba poznawać w wierze na podobieństwo Jej wiary: w stanie łaski, która nas uświęca, po przebaczeniu naszych grzechów w sakramencie pokuty i po przebaczeniu
w swoim sercu naszym winowajcom za wszystko zło, które nam wyrządzili. Fatimę należy poznawać na kolanach, w pokorze i uniżeniu, pośród postów i czuwań, na modlitwie i medytacjach, w których ludzkie serce szuka Boskiego Serca. Kiedy jest w nas nieutulona tęsknota za zjednoczeniem z Bogiem, za całkowitym oddaniem się Mu na własność, za świętością po brzegi naszego życia, wtedy Fatima staje przed nami otworem. Dopiero
i tylko wtedy jej hieroglify – święte znaki – okażą się dla nas czytelne. Będą mieć inne znaczenie, niż nam się dotąd wydawało. Znaczenie Boże, nie nasze!

Tylko wtedy Fatima przemówi do nas – jak do Franciszka, Hiacynty, Łucji – w środowisku Bożej łaski, która wszystko przenika i wszystko przemienia. I nie zostawia miejsca na panowanie ciemności, na zwycięstwo zła.


Maryjo! Jesteśmy gotowi na ten akt wiary zanurzający nas w Boże światło! Wzbudź go w nas! Obudź w naszych sercach pragnienie zamieszkania w świecie łaski, gdzie wszystkim we wszystkich jest Chrystus. Jak był wszystkim w Tobie, Maryjo!




CZĘŚĆ I

POSZUKIWANIE MOCY FATIMY




DOŚWIADCZENIE FAŁSZYWEJ DROGI

Może pora, by coś powiedzieć? Moja przygoda z Matką Bożą z Fatimy zaczęła się 40 lat temu, kiedy jako młody człowiek stawiałem sobie – jak tylu innych w tym wieku – najważniejsze pytania: Kim jestem? Po co żyję? Jak mam żyć, by być w pełni człowiekiem, by być wolny, by być szczęśliwy? I wtedy zrozumiałem, że odpowiedź jest ukryta… w Maryi: doskonałym człowieku, dziełu Boga, które nigdy się nie zepsuło, w którym wszystkie mechanizmy działają bez zarzutu, tak jak zaplanował je Bóg, które – w spotkaniu z szatanem – nie da się mu zniszczyć, ale zniszczy jego! Pomyślałem: Poznam Ją, to poznam prawdę o sobie. Chciałem krzyczeć o tym zagubionym ludziom: Spójrzcie na Maryję! Ona pokazuje wam, jak żyć pełnią życia, jak być wolnym od upadków, jak być szczęśliwym! Bezpiecznym – nawet w ciemności!

Nie wiedziałem, że ta Maryja jest wycięta z papieru… Moja Maryja nie była prawdziwa. Była „moja”, nie „Boga” – była „wycięta” według moich potrzeb i według moich lektur – niekoniecznie według Bożych planów. Nic dziwnego, że była piękną lekcją, ale pozbawioną mocy; informacją, która nie pomaga się zmienić.

Poznawałem Maryję, ale w moim życiu nie zmieniało się nic.

W tym błędzie trwałem przez 15 lat studiów teologicznych. Poznawałem Maryję, lepiej
i lepiej, zrobiłem doktorat, zacząłem habilitację… i nagle – był rok 1991 – zrozumiałem swój straszny błąd: Moja Maryja była martwa, była abstrakcją – dlatego nie było w Niej mocy, ani prawdy, która przemienia. Zrozumiałem to dzięki banalnemu wydarzeniu. Jakiś wewnętrzny głos kazał mi postawić pytanie: Czym jest teologia? Odpowiedziałem: „Teologia to nauka o Bogu”. A że zdawało mi się, że wewnętrzny głos czeka na coś więcej, wyjaśniłem to inaczej: „Teologia to nauka, której przedmiotem jest Bóg”. I wtedy… grzmot, trzęsienie ziemi, oślepiające światło! Bóg, którym się zajmuję jest przedmiotem, nie Osobą! Mój Bóg jest martwy, jest nieprawdziwy. Tak samo moja Maryja.

Jak się domyślacie, chcę powiedzieć, że tak samo papierowa może być Fatima. I wtedy jest nam po nic!

Tamtego dnia nawróciłem się z teologii. A kilka dni później Bóg dał mi zrozumieć jeszcze jedno. Prawdziwa teologia – o Osobie, nie o przedmiocie – która przetrwa każdą próbę, która jest wiedzą i mądrością Kościoła, którą cytują kolejne pokolenia wierzących, która prowadzi ludzi do spotkania z Jezusem i do Nieba, w której jest święta moc, która budzi w ludziach tęsknotę za Bogiem tak wielką, że aż po łzy… to tylko teologia świętych! Oni znają Boga! Ja… nie jestem święty. Nic po mnie zostanie, nikomu nie przyda się moja praca.

A że łatwiej porzucić teologię niż zostać świętym, przestałem być teologiem.


FATIMA, KTÓRA „NIE DZIAŁA”

W tym momencie pojawia się Fatima. Zacząłem szukać prawdziwej Maryi, żywej – nie Tej z uniwersyteckich katedr, nie Tej z moich oczekiwań, ale z domów prostych ludzi,
z ludowych pielgrzymek, różańca, litanii, wreszcie – w świecie Jej objawień. Tam szukałem spotkania, doświadczenia, dotyku nadprzyrodzoności. Już wiedziałem, że tam jest żywa Maryja – inna niż moja wiedza, moje oczekiwania, moje marzenia.

W 1993 r. zacząłem poznawać Fatimę: studiować dokumenty, dopytywać ekspertów, szukać źródła Bożej mocy. Szukałem prawdziwej Maryi.

Czy mam powiedzieć, że łudziłem się, że Ją w „tej Fatimie” znajduję?

Tak, łudziłem się. Jesienią 2016 r. właśnie w Fatimie usłyszałem z ust portugalskiego teologa: nikt z nas nie zna Fatimy! Orędzie znają tylko Hiacynta, Franciszek, Łucja. I to oni – nie my – mamy dostęp do jego mocy.

Rzeczywiście, pomyślałem, czy kiedy usłyszałem orędzie z Fatimy cokolwiek się we mnie zmieniło? Nic, jestem taki sam jak przed usłyszeniem pytań stawianych przez Matkę Bożą, przed usłyszeniem Jej próśb, przed usłyszeniem Jej ostrzeżeń i apeli. Nie zmieniło się we mnie nic… Te pytania i prośby były kierowane do pastuszków, nie do mnie. I to pastuszkowie stali się świętymi, nie ja…


WIĘC… ZAPROSZENIE

Pomyślałem: Kto z nas studiuje Fatimę na kolanach, wśród postów, na modlitwie, padając przed Bogiem na twarz? Jak tamte dzieci! Kto z nas został zanurzony w ocean łaski, w morze światła, które przemienia? Kogo z nas Fatima postawiła na drodze świętości? Komu z nas objawiła swą moc? Jak Hiacyncie, Franciszkowi i Łucji?

Sto lat po objawieniach wciąż nie wygląda to dobrze. Mamy chyba zaledwie dwoje dodatkowych świętych fatimskich: Jana Pawła II i Alexandrinę da Costa… Dwie całopalne żertwy… podobne do pastuszków, które powiedziały Maryi „tak” na wszystko, co Bóg chciał im zesłać, by ratować dusze przed piekłem.

Pora na nas! W schemacie Fatimy jest dla nas miejsce jako dla wizjonerów, a niebawem świętych! Są w nim obecne cztery stopnie udziału w spotkaniach z Maryją: 1. Ktoś, kto widzi Matkę Bożą, słyszy Jej głos, rozmawia z Nią – to Łucja, 2. Ktoś, kto widzi Piękną Panią i słyszy Jej ciepły głos, ale nie odzywa się do Niej nawet słowem – to Hiacynta, 3. Ktoś, kto tylko widzi; nie słyszy, nie mówi… – to Franciszek, 4. Ktoś, kto ani nie widzi, ani nie słyszy, ani nie rozmawia, ale tam jest; jest wizjonerem, bo Maryja też do niego i dla niego przychodzi – to my.

Posłuchajmy Jej orędzia jak słów mówionych nie do Łucji, Hiacynty i Franciszka, ale jako skierowanych „do mnie”: prosto do mego serca. To mnie Niebo prosi: o adorację, o różaniec, o pokutę, przyjęcie cierpienia, modlitwę twarzą w prochu, w uniżeniu do końca. To do mnie Maryja woła: „Stop grzechowi”, „Ratuj tych, co idą do piekła! Za wszelką cenę!”. To mi mówi Maryja, że moje życie musi się zmienić – ruszyć w stronę świętości. Ku pełni odpowiedzi na pytanie: Po co żyję? Jak mam żyć? Co jest ważne, a co najważniejsze? Gdzie jest Boża moc, która zmienia świat?


MAPA I NIEZNISZCZONE NARZĘDZIE

Naszą podróż w kierunku prawdziwej Fatimy  zacznijmy od narysowania mapy. Jej data – rok 1917, rok Interwencji z Nieba. Świat jest wtedy wielce zniewolony: Wielka Wojna, wielka rewolucja październikowa, wielkie prześladowanie Kościoła w Portugalii, wielka herezja modernizmu, wielka manifestacja masonerii w Rzymie, wielka moda na ateizm. Wszystko, co napawa nas wielkim lękiem dzisiaj, ma swój wielki początek tam – sto lat temu. Już wtedy, przed stu laty, książę tego świata zgromadził wielką armię swoich diabłów i swoich ziemskich sług i rozpoczął wielką bitwę o władzę nad całą ludzkością. Tę bitwę dziś przegrywamy… Jak przed 100 laty, cywilizacja chrześcijańska zaczyna ustępować cywilizacji demonicznej… To nie Bóg, ale szatan zaczyna dziś pisać regułę życia: decydować o wartościach, dyktować modę, zmieniać obyczaje, nawet stanowić prawo! To on, książę tego świata uczy ludzkość okrzyku „Non serviam” – „Nie będę służył!”

Co na to Bóg? Fatima uczy nas, że Bóg nie pozostaje obojętny, gdy ktoś odbiera Mu władzę nad światem. W 1917 r. interweniował z mocą… Czy w 2017 przyjdzie nam na ratunek? Tak, jeśli Kościół wezwie Maryję, jak 100 lat temu.

Ale… Bóg nie da nam nic nowego. Po raz drugi da nam to samo: Fatimę. Da nam prorockiego ducha, byśmy mogli zrozumieć, że Fatima to coś więcej niż myślimy.
Że nie jest tym, co my myślimy, ale tym, o czym myśli Bóg!

Nie potrzebujemy „nowej interwencji”. Stary klucz, stuletni, wciąż pasuje do zatrzaśniętych drzwi; dopóki będą zamknięte nie możemy stać się wolni i wyjść na światło, by zobaczyć Boga, odkryć prawdę, otrzymać moc, pokonać zło. A że nasz Pan nie mnoży interwencji ponad konieczną miarę, nie powinniśmy oczekiwać, że da nam do ręki nowy środek ocalenia.

Da nam to samo, co sprzed stu laty.

Dziwnie nowe jest to stuletnie narzędzie. Taka jest prawda: ono jest niemal nieużywane! Bo jeśli mówimy, że piekielne zagrożenia są dziś nawet większe niż 100 lat temu, to znak, że „zestaw Fatimy” nie został użyty! Nie został nawet do końca rozpakowany; co dopiero mówić o jego wykorzystaniu… Mamy powody, by twierdzić, że nawet nie znamy całego ratunkowego zestawu… że nie umiemy złożyć Fatimy w całość, by dostać do ręki coś, co działa! Skutecznie jak Maryja – Kecharitomena!

Ten zestaw leży dziś przed nami tak samo jak 100 lat temu. Czeka, abyśmy wzięli go do rąk i posłużyli się nim jako narzędziem ocalenia. Teolog mógłby nazwać tę sytuację terminem „Fatima subjectiva”. Czyli – najważniejszym zadaniem.


KOMPLET „REDEMPTIO”

Przypomnijmy scholastyczne rozróżnienie: „redemptio objectiva” i „redemptio subjectiva”. Jezus odkupił każdego z nas, przyjmując dla nas i dla naszego zbawienia ludzką naturę, którą zaniósł na krzyż. Ukrzyżowany za nas otworzył nam przez swoją Mękę
i śmierć bramy zbawienia. Z wysokości krzyża Jezus wyciąga do nas rękę, by podać nam klucz do Nieba. Wyciągnął ją w swojej godzinie, gdy ta nadeszła i w tym geście miłości będzie trwał przed każdym z nas aż do skończenia świata, zapraszając nas w swoją godzinę łaski. To jest owo „redemptio objectiva”. A „subjectiva?” Człowiek, ku któremu Chrystus wyciąga swoją dłoń, słyszy zaproszenie: że Bóg marzy o spotkaniu ręki Jezusa i jego, że chce, by każdy z nas wyciągnął w stronę Jezusa swą dłoń i przyjął od Niego dar zbawienia: klucz Królestwa. Jeżeli odwracamy wzrok, jeżeli chowamy ręce do kieszeni, jeżeli wołamy do Niego, domagając się nie tego, co Bóg daje, ale tego, co według naszego rozeznania jest nam konieczne, albo jeśli zamiast przyjąć dar machamy ku Jezusowi w geście uwielbienia i chwały, a On tymczasem wyciąga ku nam swój największy skarb! – wówczas „redemptio” nie może w pełni działać! Bo brama do nowego, Bożego świata i klucz zbawienia nie mogą się spotkać… Ciemność gęstnieje, choć zaraz za bramą jest taka moc
i takie światło, że w oka mgnieniu zmienia się cały świat.

Ale się nie zmienia. „Mrok zapada nad całą ziemią” – pisał Jan Paweł II na kolejną rocznicę fatimską.

Czy tak nie jest ze współczesnym światem i dzisiejszym człowiekiem, który woła do Jezusa wyciągającego dłoń: „Ręce precz od świata!” „Nie jesteś już potrzebny!”,
a wielu wierzących krzyczy do Niego: „Daj to, o co ja Cię proszę!”? Nie chcą tego, co chce dać im Bóg… Proszą o rzeczy doczesne, nie wieczne…

Podobnie rzecz ma się z Fatimą. To dar dany nam od Boga, który mamy przyjąć. Ale świat go nie chce, ale człowiek go nie rozumie lub rozumie go po swojemu, nie po Bożemu i używa go po swojemu, nie po Bożemu!

„Fatima objectiva” została nam dana i trwa.

„Fatima subjectiva” została nam zadana i naglącym zadaniem pozostaje do dziś. Nie odkryliśmy jeszcze źródła jej Boskiej mocy.


Maryjo, chcę przyjąć Boży dar, który przynosisz dla mnie w Fatimie. Proszę, ukaż mi wyciągniętą dłoń Twego Boskiego Syna i wzbudź we mnie pragnienie, by przyjąć od Niego to, co mi ofiarowuje z wysokości krzyża. Niech nie pytam, co to jest, niech po prostu wierzę w Bożą miłość.


RATUNKOWY ZESTAW

Gdybyśmy wreszcie przyjęli z rąk Jezusa i rozpakowali ratunkowy pakiet z Fatimy – co byśmy ujrzeli? Na samym wierzchu leży różaniec. Objawienia zaczynają się, kiedy dzieci odmawiają różaniec. Matka Najświętsza przy każdym spotkaniu mówi: „Odmawiajcie codziennie różaniec”. Podczas pierwszego spotkania Maryja zapowiedziała, że w październiku powie, kim jest i na koniec ostatniego objawienia ujawnia swe nazwisko: „Jestem Matką Bożą Różańcową”. Mówi, że skoro jesteśmy Jej dziećmi, to mamy nosić to samo nazwisko: mamy być „różańcowi”.

Chciałbym się wam przedstawić: „Jestem Wincenty Łaszewski Różańcowy”. Tak to powinno brzmieć.

Różaniec… Każda zdrowaśka to wołanie imienia Maryi i Jezusa, przed którymi drży piekło aż po samo dno. Każda dziesiątka to wpisanie nas w krąg tajemnic opowiadających o życiu Jezusa, w którym wszystko się dzieje dla nas i dla naszego zbawienia: różaniec umieszcza nas w zwiastowaniu i Bożym Narodzeniu, w Galilejskiej Kanie i w Wieczerniku,
w Ogrójcu i przy Krzyżu, w wylaniu Ducha i w scenie Wniebowzięcia. I udziela łask tam ofiarowanych światu.

Mamy więc pierwszą rzecz: różaniec codzienny, skupiony, połączony z medytacją. Co jest dalej? Jest baza, na której buduje się świętość: to regularna spowiedź i Komunia święta. Jest zaproszenie o zapomnieniu o sobie – to prośba o myślenie o innych, o wynagradzaniu za tych, którym grozi piekło. Jest adoracja Najświętszego Sakramentu, przez którą mamy dawać Bogu prawo do czynnej obecności w świecie. Jest oddanie się Bogu na wyłączną własność „przez Maryję” – nawet już nie na Jej służbę, ale w niewolę, czyli posłuszeństwo Maryi we wszystkim i podejmowanie każdej pracy według Jej woli, nie mojej. Czyli praca za darmo, bo niewolnikowi się nie płaci; słudze tak. Jest zgoda na cierpienie, które
w dzisiejszych czasach okazuje się ostatnim argumentem, by przekonać świat o grzechu
i o sądzie. Jest nadanie mu zbawczego sensu, może jest nawet coś więcej: jest szukanie go jak Hiacynta, Łucja, Franciszek. Jest radykalna zmiana w hierarchii wartości: teraz pierwszy jest Bóg i zbawienie ludzi – tym bardziej jest to naglące, im bliżej piekła jest jakiś człowiek, a my zamiast nim gardzić, przeklinać go i życzyć mu źle, otaczamy go naszą wielką pełną miłości troską i jesteśmy gotowi na wszystko, byleby ziścił się sen Boga i to Boże stworzenie znalazło się jednak w Niebie!


…ALE BEZ MOCY

To wszystko znamy i mniej lub bardziej podejmujemy. Ale zapytajmy w obliczu Boga, czy to rzeczywiście prawda. Czy Bóg jest dla nas najważniejszy, czy jest jedyny i nie ma w naszym życiu żadnych bożków? Franciszek, Hiacynta, Łucja nie mieli…Czy rzeczywiście odmawiamy codziennie różaniec? Pastuszkowie fatimscy byli mu wierni do końca. Czy nasza Komunia święta jest naprawdę święta, czy jest Spotkaniem z Bogiem, dotknięciem największej świętości, czy po Jej przyjęciu adorujemy Jezusa obecnego w naszym sercu? Czy nasza medytacja to rzeczywiście wsłuchiwanie się w głos Boga, czy może tylko intelektualna przygoda? I tak dalej. Czyli: czy Bóg jest Osobą – bo jeśli jest Osobą, nic nie jest już w naszym życiu na dawnym miejscu. Jest On, a potem nic, tak długo, aż zaczynamy widzieć Boga w drugim człowieku. Tak było w życiu pastuszków.

Wierzę, że odpowiedzi na powyższe pytania są takie, jakich oczekuje Maryja – że jesteśmy Jej dobrymi dziećmi. Że naprawdę przejęliśmy się Jej wezwaniami. Że wszystkie elementy składowe Fatimy wyjęliśmy z ratunkowego zestawu i użyliśmy… Dlaczego więc nie działa mechanizm?



CZĘŚĆ II

INSTRUKCJA KECHARITOMEŃSKIEGO PRZEWROTU


Poprzeczka idzie w górę… Jest coś jeszcze, jest coś więcej.

Fatima nie działa, bo nie złożyliśmy tych elementów w jedną całość: w maszynę do przemiany świata.

Na samym dnie ratunkowego zestawu z Fatimy leży instrukcja obsługi. Zaczynają ją wykresy, które powinny dać nam wiele do myślenia. Przyjrzyjmy się im.




WYKRES 1.

Wykres 1. pokazuje, że orędzie fatimskie nie jest jednopoziomowe, że istnieją dwa elementy orędzia, które znaczą „coś więcej”. Pojawiają się one w czerwcu i lipcu 1917 r.



WYKRES 2.



Wykres 2. tłumaczy, dlaczego Fatima pozostaje nie w pełni skuteczna. Powód jest następujący: wciąż nie całe orędzie jest przez nas wypełnione. Przesłanie fatimskie możemy przyrównać do naczynia, które mamy wypełnić. To nasze zadanie w ramach „Fatima subjectiva”. Wypełnienie wspomnianych przed chwilą próśb Matki Bożej oznacza tylko „zalanie samego dna” naczynia; pozostają jeszcze dwa niezdobyte naszą pobożnością „szczyty”. Dlatego nasze zaangażowanie nie skutkuje wylewaniem się łaski oferowanej nam w Fatimie poza brzegi naczynia, uczynieniem Fatimy, na wzór Maryi, „Kecharitomeną” – orędziem pełnym łaski aż po brzegi, zmieniającym świat – jak Niepokalane Serce Maryi.

Ponad naszym wiernym wypełnianiem próśb Matki Najświętszej pozostają jeszcze dwa życzenia – życzenia już nie Maryi, ale samego Boga. Nie da się ich pewnie pojąć i podjąć bez wypełnienia tego, co podstawowe w przesłaniu fatimskim.

Kiedy w Fatimie Matka Najświętsza przekazuje nam Boże orędzie, wciąż mówi do nas: „Chciałabym”, „Chcę”, „Proszę”, „Życzę sobie”… To maryjne prośby i żądania. Ale w Jej apelach znajdują się dwa niezwykłe wyjątki… Dwukrotnie Maryja mówi o czymś, czego nie Ona chce, ale chce Bóg! A ponieważ w Fatimie nie ma przypadków, takiej konstrukcji zdaniowej przyświeca jakiś cel. Jeśli podmiotem zdania jest Bóg, a nie Maryja, czy nie chce Ona zwrócić nam uwagi na te wypowiedzi jako na słowa o szczególnej randze? Jako na słowa „ważniejsze”?

„Jezus chce, abym była bardziej znana i miłowana” – ogłasza Matka Najświętsza w czerwcu.

I jeszcze głośniej mówi w lipcu: „Bóg chce zaprowadzić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca”


„Znana i miłowana” – to hasło powtórzone w Fatimie za św. Ludwikiem Grignion de Montfortem z jego Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny… Właściwie intuicyjnie już je rozumiemy. Jezus chce, byśmy doszli do poznania prawdziwej Maryi, przede wszystkim Jej wiary. Mamy pokochać Jej piękno i sami zapragnąć stać się pięknymi przed Bogiem. Tu nie chodzi o poznanie czysto intelektualne. (To był mój błąd.) Mowa o poznaniu w sensie biblijnym, czyli zjednoczeniu. A staje się ono pełne, kiedy dokonuje się w miłości. Kto poznał Maryję, ten się z Nią jednoczy, kto się z Nią jednoczy, wzrasta w miłości do Niej, a miłość ta jest miłością w Duchu Świętym, który wszystko czyni nowe i upodabnia nas do Jezusa.

Bóg mówi: To Ją mamy poznać i pokochać. Ona jest Kościołowi niezbędna do zwycięstwa w czasach ostatnich. Dlaczego Ona? Bo wzorem dla nas jest Jej wiara!

Ona – inaczej niż my – wierzyła w Jezusa, nie w swoje wyobrażenia o Nim. Nie miała swoich wyobrażeń. Nie miała swoich oczekiwań. Ufała, oczekiwała tego, co daje Bóg. Niczego więcej. Tylko tego. Liczył się On, nie Ona. Nie ciągnęła jak Apostołowie – i my – Boga za rękę, by poszedł tam, gdzie my chcemy, by był w naszych sprawach. By był naszym Bogiem. Ona chciała być Jego człowiekiem. Dawała się prowadzić, gdzie On chciał. Chciała być tam, gdzie On chce. Być w sprawach Boga. Być cała dla Niego. Nie marzyła, by Bóg był w Jej sprawach, by Bóg Jej pomagał. To Ona chciała pomagać Bogu. Bóg nie był po coś – to Ona była po coś.

Dziś, w dobie antropocentryzmu, Maryja głosi, że nie człowiek jest najważniejszy. Najważniejszy jest Bóg!

Maryja była dla Boga, nie Bóg dla Niej. Maryja to człowiek w sprawach Boga, nie Bóg
w sprawach człowieka. Oto różnica. Musimy ją dostrzec, zrozumieć i pokochać ten jedynie prawdziwy rodzaj bycia uczniem Jezusa. Tacy mamy być i my! Wtedy już niedaleko nam do nabożeństwa do Niepokalanego Serca Maryi.


„Nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi”. Obawiam się, że nie mamy czasu na dokładne opisanie tego najważniejszego elementu orędzia. Zasygnalizujmy rzeczy fundamentalne:

W roku 1917 istniało już nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi; co zdumiewające, było ono obdarzane odpustami jeszcze w 1936 roku – 20 lat po Fatimie! Bóg je ignoruje, i mimo tego, że Kościół praktykuje nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi, ogłasza: „Chcę ustanowić na świecie nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi!”. Dziwne to, prawda? Pytamy: Czego chce Bóg? Jakie jest to „nowe” nabożeństwo? Ma być istotowo inne, czyli jakie?

Chyba znamy odpowiedź na to pytanie. Bóg nie czeka na nowe formy oddawania czci, ale na nową pobożność: na życie „po Bożemu” – jak Maryja. Bóg chce, by Matka Najświętsza była dla nas nie tylko przedmiotem kultu, ale nade wszystko wzorem. Wzorem „wewnętrznego stanu życia”, tego, co streszcza się w słowie „serce”.

Owo „serce”, czyli siedlisko naszej miłości i oddania, jest określeniem tego, co „stałe”
w człowieku. Kiedy mówimy, że ktoś jest człowiekiem o dobrym sercu, chcemy powiedzieć, że on jest zawsze, z natury, dobry… a mający serce z kamienia nie jest zły przez moment, ale jest zły z natury, zawsze.

Bóg chce, abyśmy zapatrzyli się w Niepokalane Serce Maryi i upodobnili swe serca do Jej Serca, czyli by w naszym życiu pojawiło się Maryjne „zawsze jak Ona”. Co widzimy w Jej Sercu? Widzimy doskonałe zjednoczenie z Sercem Jezusa. Dlatego teologia od wieków mówi o „Przymierzu Dwóch Serc”, na mocy którego istnieje jedno Serce: w Maryi są te same pragnienia, co w Jezusie, te same myśli, wszystko… Wszystkim w Maryi jest Chrystus!

W tym momencie należy przypomnieć o odkrytej na początku XVI w. „zasadzie Jezusa”, czyli zdefiniować Jego Serce. Zasada ta, zaczerpnięta ze starożytnego Wyznania Wiary brzmi: „Propter nos et nostram salutem” – „Dla nas i dla naszego zbawienia”. Wszystko, co Jezus robił, robił dla naszego zbawienia! To była Jego jedyna zasada, wspólny mianownik wszystkiego!

Tak samo było w Maryi. Jezus i Ona są tylko „dla nas i dla naszego zbawienia”. Są jedynie po to, by spełniło się największe marzenie Boga i każdy z nas – stworzony przez Niego dla zjednoczenia z Nim na wieki – został ocalony przed wiecznym nieszczęściem piekła!

Od tego zależy nie tylko przyszłość świata, ale zbawienie milionów ludzi! Tylko ci „ludzie Maryjni”, w których „żyją nie oni, ale Chrystus” (Kol 3,11) mogą zatrzymać marsz armii szatańskiej, która chce oddać świat pod władzę diabła i stworzyć takie reguły życia, które oznaczają przejście z szatańskiej doczesności w szatańską wieczność.

Droga do Boga i do jego ładu w świecie, które staje się środowiskiem łaski, miejscem zbawienia, prowadzi przez Serce. Bóg chce, by Niepokalane Serce Maryi było nam wzorem, zachętą, natchnieniem i drogowskazem. Maryja pokazuje nam, że mamy żyć tylko dla Boga, z niepodzielną pobożnością i oddaniem. Dla Niej istniał tylko On jeden. „Nie współżyła z innymi bogami”, jak robił to naród izraelski. Czyli nie oddawała nikomu
i niczemu innemu czci, nie oddawała nikomu i niczemu innemu swego serca. Był tylko Bóg. Jedynie Bóg. Wyłącznie Bóg. I mieszkające w Nim pragnienie naszego zbawienia.

Jan Paweł II, papież fatimski, zapewniał, że „fiat” Maryi jest „pierwszym fiat Nowego Przymierza”. Skoro jest to pierwsze „fiat” powiedziane Bogu, to logicznie… będą następne. Jej „fiat” ma być naszy „tak”. Mamy naśladować Matkę Najświętszą… Do tego stopnia, że Przymierze Dwóch Serc zamieni się w Przymierze Trzech Serc!

I wtedy wypełni się Fatima…

Kiedy posłuchamy Bożych próśb ogłoszonych w Fatimie, wówczas nasze naczynie wypełni się po brzegi i łaska dana światu w Fatimie wyleje się na całą ziemię. I na miejsce księstwa ciemności pojawi się królestwo światła! Mówi o tym wykres 3.



Wykres 3.




Wykres 4.


Istnieje jednak pewne „ale”… Może się okazać – zdaje się to sugerować Jan Paweł II – że wypełnienie wielkich próśb Bożych sprawi tylko tyle, że łaska z Fatimy podniesie się wysoko, ale nie zaleje świata! Zbawienie dotknie tylko tych „wewnątrz” – najbliższy krąg. Na fatimskim naczyniu pojawi się wypukły menisk, jakieś napięcie powierzchniowe nie pozwoli na rozlanie się łaski po całej ziemi. Jakby do zbawienia świata Bóg potrzebował czegoś więcej…

Jest wtedy tylko jedno wyjście…



Wykres 5.



Trzeba, w akcie heroicznej wiary i miłości, rzucić się w to naczynie łaski jako całopalna ofiara… Być gotowym zginąć, by uratować świat! Tak uczynił Franciszek i Hiacynta, i Łucja,
i Jan Paweł II, i Alexandrina da Costa… Tak w naszym kraju uczyniło co najmniej kilkaset osób! Rzucić się w wielkim akcie wiary i miłości, i powiedzieć Bogu: „Oto jestem. Jestem cały do dyspozycji. Zrób ze mną, co chcesz…zabij, ześlij cierpienie… wyśmiej… spraw, bym przegrał wszystko…. Byleby tylko choć jednego człowieka udało się uratować od piekła.”


ZAKOŃCZENIE

Temat zamyka się tą samą klamrą, która otworzyła go godzinę temu. Mówiliśmy
o konieczności rzucenia się w morze światła – że kiedy naszym udziałem staje się wiara
i miłość tak wielka, jak wiara i miłość Maryi, to wtedy wszystko staje się inne, że wszystko będzie łaską, że nasze życie stanie się narzędziem, którym posługuje się Bóg, by ratować świat zepsuty przez grzech. Na koniec znowu mówimy o rzuceniu się w morze…
o koniecznej do tego wierze, …o odwadze, …o miłości. Wtedy wszystko staje się łaską, my sami zostajemy zanurzeni w świętości Boga, zaś nasz biedny świat otrzymuje łaskę po łasce, jak z Maryi – Kecharitomeny. Bo oto Fatima – miejsce wylewu łaski, miejsce działania Kecharitomeny – staje się „jak Kecharitomena”: wylewa się z niego łaska przemieniająca świat. Fatima staje się początkiem kecharitomeńskiego przewrotu – zmiany świata przez łaskę. I jako taka ma przejść do historii. Takie zamiary wpisała w Fatimę Boża Opatrzność.


Nic nas nie odłączy od miłości Matki Bożej, która jest w Jezusie Chrystusie, naszym Panu!

W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.